KONIEC

Standardowy

Rezygnują z hostowania blog.pl. Ciekawe czy to przez pehapa. „Panowie, ten cholerny PHP zjada więcej kasy niż przynoszą nasze genialne reklamy”. Nic mnie nie zdziwi.

Może to i lepiej. Archiwum internetu nie zapomni o głupotach, które tu wypisywałem, ale przynajmniej już nie pojawią się nowe. Co najwyżej jakieś AI będzie kiedyś crawlować i analizować historię mojego pisania rzeczy w internetach, przez co jakiś przyszły pracodawca dowie się o moim smęceniu i niedojrzałości we wczesnych dwudziestkach. Szkoda tylko adresu.

Kolejna samotna wigilia. Cóż.

Po co mi to było? Trudno powiedzieć. Na pewno pośrednio przekazywałem rzeczy, których normalnie bym nie powiedział, bo znałem potencjalnych odbiorców. Może trochę dramatyzowałem i koloryzowałem, żeby wyczerpać temat i wyrzucić go z głowy. Może po prostu chciałem się jakoś popisać, nie wiadomo za bardzo komu i czym. Może wszystko po trochu.

Zaczynałem jeszcze pod inną osłoną bloga jako późny nastolatek – niepogodzony ze światem i pełen pomysłów, ale bez dyscypliny, aby dociągać je do końca. Kończę jako świeży magister – niepogodzony ze światem i pełen pomysłów, ale bez dyscypliny, aby dociągać je do końca. Tylko jakby bardziej zgorzkniały.

Zaraz 2018. Wciąż nie potrafię poprawnie zapisać daty, a już kolejny rok. Dobry czas na zmiany, co?

NOWY ROK, NOWA JA.

Chciałbym przeanalizować każdy nawyk, każdy aspekt mojego życia. „Czy to koniecznie? Czy tego chcę? Czy będę tego potrzebować za rok, dwa, pięć?” Muszę definitywnie pozamykać wszystkie wątki, które mnie nie interesują lub męczą.

Jak widzę się za parę lat?

Osoba, którą kocham.
Praca, która mnie rozwija.
Zdrowie, którego nie brakuje.
Pieniądze, których nie potrzebuję.

Jest noc, zaraz praca, powinienem spać. Jak zawsze.

Czy pisanie bloga jest konieczne? Nie. Czy tego chcę? Może. Czasem pomaga mi myśleć, czasem lubię sam siebie poczytać. Za to na pewno nie przynosi zamierzonych efektów, czymkolwiek one są. Czy będę tego potrzebować za rok, dwa, pięć? Mam nadzieję, że nie.

Wygląda na to, że to nawet nie jest przeprowadzka. Raczej pożegnanie. Kolejny nawyk, którego pozbywam się z życia.

Szkoda tylko faktu, że nie udało mi się bez oszukiwania dostukać do notki numer 666. Od czego jednak mam uprawnienia administratora.

Wciąż wierzę, że istniejesz.

Miłego życia, skurczybyki.

TENSKNIELOL

Standardowy

Tego się właśnie obawiałem. Nie chciałem się wychylać od samego początku.

Zrobiłem de facto pierwsze zadanie i kończy się tak, że muszę szykować prezentację dla Stanów. Tamten kod był tak prosty, że to aż boli. Dosłownie. Czuję się, jakbym podzielił parę liczb na odwal i ktoś nagle kazał mi o tym pisać publikację naukową.

Lubię mówić o rzeczach, które mnie interesują. Gdybym sam trafił na prezentację o tym, co zaklepałem, to chyba bym wyszedł. Albo po prostu prychnął pod nosem, że ktoś komuś za to płaci.

Ale on też to wie. I podejrzewam, że nie chodzi o te kilka linijek. Chyba widzę swoją docelową rolę w tym projekcie: mam pokazać, jak było w poprzedniej firmie i jak mogłoby być tutaj. Mam przejąć inicjatywę. Tech talki, dokumentacja na pierwszym miejscu, dokładne testowanie hipotez, te sprawy. Nie czuję, że zostałem zatrudniony za umiejętności programistyczne czy nawet „doświadczenie” z data science – i to właściwie najbardziej mnie boli. Już prędzej za podejście i te minimum umiejętności miękkich, które zdążyłem nabyć.

Nie chcę powiedzieć, że to mnie przerasta. Może trochę budzi obawę. Powiedzmy, że wciąż wolałbym widzieć się w roli tego świetnego programisty, który potrafi rozwalić każdy rozsądny problem w sensownym czasie – a nie tego typeczka od zaganiania ludzi i pisania dokumentów.

Nie sądziłem, że to powiem, ale trochę brakuje mi ludzi z poprzedniej firmy. Karmili mnie, zdążyłem się zżyć. I nikt z mojego zespołu nie śmiał się z Javy, bo strzelaliby sobie w stopę. I nie było samych facetów, których nie ma kto temperować.

NIHIL

Standardowy

Nie wiem, czego się spodziewałem. Najlepsi specjaliści po prostu stąd wyjeżdżają. To już właściwie moja trzecia firma w tym mieście, w której na dobrą sprawę brakuje seniorów.

To nie tak, że absolutnie nic nie wyniosę. Widać, że są ludzie, od których sporo się nauczę – szczególnie od mojego mentora – ale znowu moja praca będzie nastawiona na samodzielność i ciągłe szukanie informacji. Trudno mi oceniać „zwykłych” programistów; pewnie i tak będę z nimi relatywnie niewiele współpracować. Brakuje mi przede wszystkim zespołu doświadczonych analityków i data scientistów, przy których czułbym się raczkującym bachorem.

Bo właściwie jestem raczkującym bachorem, tylko postawionym w roli nieadekwatnej do wiedzy i doświadczenia. A z rolą przychodzą obowiązki i oczekiwania. Super, jak chcesz podbudować swoje ego albo pochwalić się tacie burzliwą fuchą, ale gorzej jak musisz nabrać doświadczenia i wyuczyć najlepszych praktyk w tym, z czym wiążesz swoją przyszłość. Na samą myśl już czuję się zmęczony, a przecież tak uwielbiam wyzwania.

Jestem już mentalnie przygotowany na kodzenie w Pajtonie, chociaż dalej umieram w środku. Dlaczego akurat ten język musiał wygrać ten wyścig?

Julia, nie poddawaj się. Nim, jesteś jakiś za pajtonowy. R, lol, podziękuję. Kotlin, brakuje mi Ciebie.

BEZPRAWIE

Standardowy

Przyjęli mnie, przebitka wypłaty sensowna. Ja sprzed pierwszej pracy posrałby się na malinowo przy tej ofercie. Dzisiejszy ja tylko ubolewa, że w innym kraju spokojnie dostałby tyle w innej walucie, a nawet w stolicy ta oferta przestałaby być taka kusząca.

Uroki Polski B.

Ostatni tydzień międzypracowego „urlopu”. Kontynuuję niezdrowe opierdzielanie się.

Muszę założyć działalność jednoosobową, nadrabiać braki teoretyczne w uczeniu maszynowym i pisać rzeczy, dzięki którym dostanę się do OpenAI i będę na drodze do bycia naczelnym data scientistem Wszechświata. Robię absolutnie nic.

Złapała mnie jakaś apatia, brzydzę się siebie.

Nie chcę być dorosły. Kręci mnie bycie takim underdogiem. Najmłodszy, a taki zdolny, a ti-ti-ti.

KOŚCIPOLICZKOWE

Standardowy

Nie mogę sobie wybaczyć.

Pamiętam twarz tej idiotki, która wsiadła do autobusu z pełną wiedzą o swoim problemie i istniejącym zagrożeniu, po czym zaczęła mdleć. Na szczęście z moherem zawsze bezpiecznie – ludzie chcieli ratować ją kanapką i wywieźć na cmentarz (sic). Może to dlaczego, że miała zeza, nienaturalnie czarne włosy i wyglądała jak Generyczna Karyna™.

Pamiętam nawet Twoją koleżankę, bo miała ciekawy kolor oczu, który jakoś nie pasował mi do całokształtu. Nawet mi się nie podobała, nie mój typ urody.

Nie mogę sobie wybaczyć, bo nie pamiętam Twojej twarzy. Najwidoczniej mój mózg wyparł możliwość istnienia tak surrealistycznej symetrii i uznał, że 10/10 nie może sobie ot tak występować na dziko poza sfotoszopowanym internetem i w dodatku czytać książkę w autobusie.

Pamiętam Twój podbródek, który uniosłaś, śmiejąc się z mojego żartu. Pamiętam też krótkawe włosy. Cerę. Poliki.

Właściwie mam w głowie jakiś pobieżny agregat cech wyglądu, którego nie mogę przywołać na życzenie. Pamiętam ujęcia i pojedyncze cechy, ale nie potrafię odtworzyć twarzy. Podświadomie próbuję wpasować innych ludzi do Twojego schematu – chociaż wiem, że Twoja uroda była zupełnie inna. Próbuję sobie Ciebie przypomnieć, a mózg wraca na znajomy grunt i podrzuca mi innych ludzi.

Ciekawe na ile mamy kompatybilne poczucie humoru.

Długo po fakcie nawet autentycznie rozważałem jazdę tym samym autobusem w następnym tygodniu o tej samej godzinie. Doskonały pomysł.

A miałem stopniowo zmieniać swoje życie stanowczymi, spontanicznymi decyzjami.

Ha, ha, ha.

NEJLTIT

Standardowy

Rozwaliłem prezentację. Kto jak kto – jeżeli on mówi, że była kapitalna, to raczej nie po to, aby mnie pocieszyć.

Zwykle jestem pierwszy w kolejce do wypytywania ludzi o szczegóły po ciekawych prezentacjach. To był pierwszy raz, kiedy prawdziwie poczułem się po drugiej stronie barykady: miło usłyszeć, że całość była przystępna i „widać, że siedzę w temacie, a nie przerobiłem jeden tutorial”. Coś niesamowitego – zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie udzielają się na tego typu spotkaniach. Chociaż odpowiadanie na pytania związane z data science wciąż wydaje mi się nieco surrealistyczne.

Wielu znajomych pytało o tremę. Nie wiem, co chce się usłyszeć po takim pytaniu. Cóż, jeszcze w autobusie miałem parę dreszczy, chociaż bliższych podnieceniu ze zbliżającego się wyzwania niż strachu przed porażką. Jeżeli mam być całkowicie szczery: tak, oczywiście, przejmowałem się (szczególnie ze względu na to kto był na widowni), ale jakikolwiek stres minął po pierwszych paru słowach i potem już jechałem na autopilocie.

Jednak mówienie prezki trzydzieści tysięcy razy przed dziewczyną ma swoje plusy.

Teraz tylko nie wygłupić się na jutrzejszej rozmowie kwalifikacyjnej i może zacząć się całkiem interesujący etap w moim życiu.

FAJRANT

Standardowy

Ostatnie dni w firmie. Tak bardzo się staram.

Nawet nie chcieli mi przedłużyć umowy na więcej niż tydzień: chciałem pójść na rękę i wyprowadzić projekt z fazy prototypu, wyszło jak zawsze. Kończę dokumentację, stawiam odchodne cukierki i robię poof. Ich strata.

Zaraz-były szef proponuje mi wyjazd do USA i pracę naukową ze światowej klasy profesorem. Za (tydzień – 1) idę na spotkanie pythonowców z prelekcją o AI wykorzystanej w ramach projektu, w którym nie było linijki Pythona. Za (tydzień + 1) idę na rozmowę kwalifikacyjną na leada zespołu data scientistów piszących w Pythonie, bo czemu nie.

Gdzieś w którymś momencie świat nie zdał sobie sprawy, że ani ze mnie data scientist, ani pythonowiec i najwidoczniej pozostało mi wzruszenie ramionami.

I guess this is my life now.

Tak naprawdę chciałbym być tu. Nie ukrywam, że jeszcze jestem za cienki, ale daję sobie mniej-więcej rok na nadrobienie braków i spełnienie kryteriów. Wydaje się osiągalne. Watch me go.

JAKIMCUDEM

Standardowy

Ego przestaje mi się mieścić. Usłyszałem, że „jestem warty każdych pieniędzy” od osoby, do której mam największy szacunek zawodowy (o ile takie pojęcie w ogóle istnieje). Wygląda na to, że praca sama mnie znalazła.

Aleee nie zapeszam.

BEZROBOCIE

Standardowy

Czyżby wyobraził sobie siebie z dala od tej firmy i uznał, że to byłoby dobre.

Lubię sobie wmawiać, że moje decyzje są zimne i przemyślane. Prawda jest taka, że moje „przemyślenie” może trwać raptem dwie minuty i nie przeszkadza mi to w byciu absolutnie przekonanym co do słuszności swojej decyzji. Moje genialne pomysły (w pełni przeanalizowane w niecałą minutę) mogą dotyczyć zarówno najbliższego obiadu, jak również zakończenia kilkuletniego związku – i w obu przypadkach mogę się przykleić do swojego zdania z takim samym uporem i zrealizować je bez żadnych wątpliwości.

Właściwie bardzo lubię tę cechę. Lubię sądzić, że mam takie wewnętrzne wagi przypisane do wszystkich czynników i w pewnym momencie przelewa się czara goryczy – co pozwala mi szybko zadziałać i momentalnie zmienić coś w swoim życiu. Taka wrodzona elastyczność. Zmiany bywają dobre.

O ile nie palę za sobą wszystkich mostów.

Zdałem sobie sprawę, że chcę odejść z tej firmy i po minucie miałem plan złożenia wypowiedzenia, który zrealizowałem w ostatni poniedziałek. Szef myślał, że uciekam od problemów (lol). Współpracownicy myśleli, że ktoś inny już chce mi sypnąć pinionszki i całokształt pięciuset słabych decyzji firmy sfrustrował mnie powyżej dopuszczalnego poziomu. Właściwie, jakby się zastanowić, moja decyzja była racjonalna:

– Nie wierzę, że problem, który próbowaliśmy rozwiązać, był w ogóle rozwiązywalny w oparciu o te dane, do których mieliśmy dostęp. Losowa natura przewidywanych zdarzeń sprawiała, że równie dobrze niektóre modele mógłbym zastąpić rzutem monetą – nie w ten sposób chciałbym się uczyć data science.

– Praktycznie z dnia na dzień przeniesiono mnie z projektu, który robiłem z przyjemnością i byłem zmuszony zostawić w fazie prototypu. Mówiłem, że projekt zacznie się palić. Po paru miesiącach oczywiście zaczął się palić i nagle pojawiły się krzywe spojrzenia, gdy latałem z pokoju do pokoju i robiłem więcej rzeczy, niż było zakładane.

– Pytałem, „czy moje zdanie się liczy” i usłyszałem, że tak – chociaż najwyraźniej niewystarczająco, by zatrzymać transfer do projektu-cmentarza. W dodatku pisanego w innej technologii, której kompletnie nie znam. Przez zmianę języka czułem się jak junior i spowalniałem pracę innym, co jakiś czas pytając się o zapewne trywialne rzeczy. Nie wykorzystywałem swojego pełnego potencjału. Nie słyszałem też o firmie, która przerzucałaby ludzi bez względu na technologie, w których czują się komfortowo.

– W firmie brak seniorów. Poodchodzili wszyscy najbardziej doświadczeni ludzie powiązani z data science i managementem. Bezpośrednio pracowałem wyłącznie z juniorami lub osobami, które – podobnie jak ja – były de facto programistami używającymi API darmowych bibliotek. Mniej lub bardziej na ślepo. Przez to najwięcej uczyłem się we własnym zakresie. Jak już czujesz się najlepszy w pokoju, zmieniasz pokój.

– Rozmyte szefostwo. Niby outsourcing, ale Stany miały bezpośredni i decydujący wpływ na zatrudnianie i wszelkie kluczowe decyzje. Jeden szef przesiadywał w piwnicy i pracownicy ledwo go widzieli, drugi niezupełnie nadawał się na pozycję lidera/managera. Brak dywersyfikacji, pieniądze z jednego źródła, zero własnych projektów.

– Rozstrzał pensji. Bycie w tej korzystnej części spektrum niewiele pomagało. Irytował fakt, że ludzie robiący robotę mogli dostawać studenckie wypłaty, a niektórzy juniorzy mieli kompletnie nieadekwatne, zawyżone stawki, „bo tak”. Z pełną premedytacją sugerowałem pewnej zdolnej osobie na znacznie zaniżonej pensji przejście się po lokalnych firmach, by lepiej wycenić swoje zdolności.

– Sprzedawanie idei i półproduktów przez firmę-matkę. Norma na rynku amerykańskim, ale nie każdy musi to akceptować.

Zarobki były OK jak na moje biedamiasto. Nie zmienia faktu, że stać mnie na więcej. Pieniądze to nie wszystko, czy jak tam to szło. Czułem, że powoli przestaję się rozwijać, że już mi nie zależy.

Brzmi sensownie?

Nawet jeśli: moja decyzja wciąż była właściwie impulsywna. Nie miałem nic innego na oku, nie byłem na żadnej rozmowie kwalifikacyjnej. Po prostu nie widziałem się dłużej w tej firmie za parę miesięcy – a nie ma żadnej osoby, której ufam bardziej niż sobie. A jeżeli Czyżby się nie widział, to musiał mieć, cholera, rację.

Tłumaczę to tym, że przepełniło się N liczników w mojej głowie i padła natychmiastowa decyzja wymuszająca zmiany w moim życiu. Mimo że wszystkie powyższe punkty zdołałem sformułować już po fakcie – na spokojnie analizując sytuację i nie mogąc wyjść z podziwu, jak bardzo to wszystko okazało się rozsądne.

Najlepsze, że nie minął nawet tydzień odkąd złożyłem wypowiedzenie, a już dwie osoby wyraziły chęć kontaktu w sprawie pracy. To zdaje się nie obalać teorii, że świat jest symulacją, w której wszystko idzie po mojej myśli i której wewnętrzne zasady nie pozwalają mi stoczyć się na dno niezależnie od podejmowanych akcji. Nawet nie podejrzewałem, że jedna z tych osób może mnie w ogóle zapamiętać. Druga nawet byłaby w stanie zatrzymać mnie w tym mieście – a muszę przyznać, że bardzo chciałbym spróbować sił zagranicą.

Bardzo dobrze być bardzo dobrym w tym, co robisz.